...
Minewhile... so...
Falken był sam. Kazałam mu być samemu. Zawsze tatuował mnie gdy byłam sama. Przemilczał każdą bliznę jaką widział. Zmieniał się jego wyraz twarzy.. ale milczał. Zna mnie dobrze. Wie kiedy milczeć. Wyciągnął naprawdę stare radio spod koi Hrabiny... nazywano je kiedyś boomboxami, działają na baterie... trochę musiałam przerobić jego system zasilania i czytniki danych, ale to nigdy nie stanowiło dla mnie większego problemu. Włączyliśmy Boba Dylana i odpaliliśmy cygara... światło w kajutach na Ithurielu jest trupio zielone.. zapaliliśmy nocną lampkę dającą trochę ciepłego światła. Na przerobionej desce do prasowania Czarodziej zwykł kłaść swoich „pacjentów”. Chwilę się posprzeczaliśmy, nie obyło się bez dania sobie po mordach, w końcu położyłam się na miejscu wpatrując się w trupio blady sufit mojego dzieciństwa. Przygotowaliśmy wszystko do rysowania, przerzuciłam przez uda płócienną szmatkę, Falken usiadł między moimi nogami. Poczułam jak delikatnie kładzie moje nogi na swoich udach. Ma takie szorstkie dłonie. Potrafi być delikatny, nigdy nie chce się do tego przyznać. Wiem że o mnie dba... i tym razem nie umknął mi wielki grymas na jego twarzy.. wiem że nigdy nie widział tych blizn. Pewnie o nich słyszał... nie widział. Jego twarz lekko postarzała się, plecy przygarbiły, nachylił się... przyjrzał z bliska.. z bardzo bliska. Przesuną dłońmi wzdłuż najmocniejszych cięć, jak po głowie niemowlaka. Z czułością i troską. Jak... Daniel. Wokół jego głowy unosił się dym cygara okalając zmęczone, brudne włosy niczym aureola. Ojciec zawsze mawiał że jesteśmy wyjątkowi... zbiera nas, tych których odrzuca społeczeństwo. Mawiał że wielu z nas było świętych... upadli aniołowie. Wiem. Widzę. Czuję.
Zawsze obchodzi się z moim ciałem jak z przysłowiową porcelaną. Widziałam jak brutalnie potrafi tatuować, sama tego nie doświadczyłam. Bob zawodził blowing in the wind, a my mruczeliśmy pod nosem wraz z nim... czułam każde pojedyncze ukłucie w okolicach kości miednicy. Raz po raz robiliśmy sobie przerwy, kład głowę na moim brzuchu i wdychał swoją świętą otoczkę z dymu cygara. Skończył spryskując tatuaż jakimś swoim specyfikiem i naklejając jednodniowy opatrunek. Ściągnęliśmy go po godzinie. „Banjamin... zdaje się deptać nam po piętach”. Jego brwi zmarszczyły się gniewnie. „Nie mam pojęcia co robi Daniel... nie mam go przy sobie cały czas”. Ze złością zrzucił wszystko ze stołka i wywrócił deskę do prasowanie. Odskoczyłam na bok. „Uspokój się”. Wkurwiony stokroćset bardziej tymi słowami rzucił we mnie Mortem Dziqua. Czaszka odbiła się z łoskotem o poręcz łóżka Hrabiny i upadła pod jego nogami. Opadł ciężko na łóżko i wplótł dłonie w swoje brudne włosy. Usiadłam za nim. Rozmasowałam mu kark, uspokoił się minimalnie. „Dziś jest czwartek... możesz iść się wykąpać” roześmiał się. „Taka dola włamywacza, każą Ci kurwa włazić w każdą dziurę bo masz zręczne palce i zajmują kibel” szarpnęłam go za włosy w tył tak by zabolało. Z kwaśnym wymuszonym uśmiechem wycedził przez zaciśnięte zęby „za chuja nie wyrwiesz ich skarbie, ten smar z lewego skrzydła jest kurwa sto razy mocniejszy od klei Jezusa”. Puściłam. Jak na zawołanie weszła do kajuty. Wiem że lubiła się z nim pieprzyć. Daniel też często bywał w jej kajucie. Jezus upatrzyła sobie braci Trudeau gdy jeszcze byli niepełnoletni. Opiekowała się nimi bardzo Namiętnie. Gdyby nie wiek Daniela, zapewne wyrósł by na grzeczniejszego chłopca. Jednak... za co go winić? W końcu wychował go Jezus.
Usiadła obok nas porażając jedno i drugie uroczym uśmiechem. Alenę zdążyła przelecieć w podstawówce. Mnie nauczyła nieco innych sztuczek.... „Falken...” skrzywił się trochę jakby pociągnęła go za włosy. Uśmiechną się jadowicie w jej stronę. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia ile Jezus ma lat. Zawsze wyglądała niesamowicie młodo i czarująco. Wsunęła się na łóżko siadając tuż obok mnie. „Cherie Tensin..” westchnęła cichutko... spoglądając na mnie błagalnym wzrokiem. Jezus chce przelecieć Cherie. Do czego to doszło.... otrząsnęłam się z osłupienia dysząc pod ciężarem Czarodzieja, który zwalił się na mnie całym brudnym cielskiem. „Sebastian chwilowo wybiera się na Ithuriela. Santa i Posejdon robią sporo zamieszania, przez ostatnie ataki Rosiczki mamy mało zbalansowane siły Lenuś”. Udało mi się złapać nieco tchu i uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. „Wyszkoliliśmy wielu młodych kochana...” urwała by jeszcze raz oczarować mnie perlistym uśmiechem. „Mam już kilu chętnych dla Ciebie. Na wycieczkę na Balthazara... swoją drogą. Twoja to robota żeście statek nazwali naszym nieskażonym humanitaryzmem Alem?” pokiwałam w miarę możliwości głową, nadal próbując się wyswobodzić. „Sebastian, Vendigo, Czarodziej i Hrabina – Twoja urocza bojówka. Nie zapominając o mnie oczywiście”. Udało mi się lekko zepchnąć Falkena z lewej części ciała. „Vendigo jest wam potrzebna, niech zacznie szkolić nowych pilotów razem z Hrabiną” – Jezus bez słowa przyznała mi rację kiwnięciem głowy. Pamiętam jak pracowała dzień jeden dla Logana... miałam się jej przyglądać i uczyć. Moje siedmioletnie oczy widziały już wtedy wiele. Siedziałam w koncie przyglądając się jak przepięknie włada garotą. Dwójkę dzieci w moim wieku zabiła szybciutko, całując je w czoło „na dobranoc”, rewolwer dała mi. Nie mogłam się zastanawiać. W takich chwilach nie można się zastanawiać. Musisz, robisz. Każdy ułamek sekundy spędzony nad myślą robi o wiele więcej szkód. Powoduje miliony kolejnych ofiar. Pociągnęłam za spust. Kula przeszła przez sam środek czoła ich babci. Jej martwe ciało klęczało przede mną kiwając się chwilę jeszcze na zastygłych mięśniach. Uklękłam przed nią. Moi rówieśnicy bawili się w berka na ulicy, słyszałam przez okno ich rozbawione głosy. Położyłam dwa palce na czole babci. Jej wytrzeszczone oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Ta pani nigdy mnie nie lubiłam. „Odejdź w pokoju pani-babciu” wybąkałam pod nosem. Jesus uklęknęła za mnąc, chwytając mnie w pasie. Wtuliła głowę w moje białe loczki... „oddaj jej duszę Ojcu kochanie” szepnęła mi do ucha nie mącąc ciszy jaka panowała w pomieszczeniu. Rozstawiłam oba palce, jeden w górę drugi w dół.... zostawiając za nimi krwawą smugę... słyszałam śmiech Aleny z dołu. Złączyłam palce z powrotem... zrobiłam to samo w bok... Jezus chwyciła moją rękę i zlizała krew babci z moich palców. Kobieta przewróciła się w tył. Leżała blada i bezbronna patrząc w sufit. Na jej czole lśnił namalowany krwią krzyż, po ścianie ściekały resztki tkanki mózgowej, czaszki i krwi pozostawiając jedno-tonowe smugi, spływały po ścianie jak deszcz po szybie. Dzieci bawiły się w berka. Jezus wzięła mnie na plecy, objęłam jak zawsze jej szyję...
Nocą poszłam do sypialni mojej babci. Leżała bezbronna i blada obok dziadka. Wczołgałam się między nich, oboje odwrócili się. Dziadek zapalił światło. Babcia spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem. „Co się stało aniołku? Co zaprząta Twoją głowę?”... przez twarz dziadka przemknął cień strachu... pokazałam w stronę babci dwa palce... palce którymi namalowałam na głowie innej babci krzyż, palce którymi pociągnęłam za spust... palce którymi oddałam duszę tamtej kobiety Mojemu Ojcu... chwyciła moją dłoń i ucałowała. Musiała uznać że mnie bolą... „Dzieciaku jutro lecisz z Ojcem do Kuzniecowów na obiad, wiesz że musimy rano wstać. Bądź twarda. Nie ma tego złego.. co się nie zagoi Aniołku” dziadek potargał moje włosy i ucałował mnie w czoło. „Logan kochanie zgaś światło” – dziadek zrobił jak babcia kazała... długo, nie mogłam spać






