niedziela, 3 czerwca 2012

Surrender










 Kiedyś byłby ktoś, kto powiedziałby stop

Drugiego dnia na stoliku pojawiły się kwiaty, które pachniały oceanem i wydawało się że leciutko szumią jak ciche i spokojne morze. Rzeczy z których przebrano Nikolaja wyprane suszyły się na ramie łóżka. Na nogach nieprzytomnego pacjenta leżały w kłębku dwa batkoty wtulające w niebieski kocyk swoje włochate łebki. W powietrzu słychać bardzo cichutko nuty radosnej muzyki z opery "magiczny flet", której dźwięki wydobywają się z ogromnych słuchawek we wzorki, prosto do uszu pacjenta. Siedząca obok zmizerniała i posępna blondynka przegląda kartę badań. Po jakimś czasie wyciąga laptopa i coś w nim robi. Gdy wybija godzina 13 zamyka z zamyśleniem komputer chowając go do szafki. Po chwili wyrzuca z niej lekko nieświeży jogurt i jabłka, kładzie na stoliku świeże tuż obok małego koszyczka z dwiema bułkami i cukrowymi ciastkami Yezabel. Kładzie rękę na czole Nikolaja, jakby mierzyła temperaturę, po czym spuszczając wzrok wychodzi. Po przekroczeniu progu sali na jej twarz wkrada się blizna goryczy.

Trzeciego dnia przez okno wbiegają roześmiane śmiechy dzieci bawiących się nieopodal niesione lekkim, uspakajający i kojącym nerwy wietrzykiem. Do sali weszła uśmiechnięta, poobijana blondynka. Poczochrała po krótkich włosach leżącego mężczyznę i mówiąc coś do niego cały czas zaczęła sprzątać nienadające się do spożycia jedzenie zastępując je świeżym. Teraz stoliczek przystrojony był w jedno kiwi, dwa banany i jogurt naturalny z pełnym kompleksem witamin. Wazonik z kwiatami wzbogacono o małą różową chorągiewkę z napisem "Mikey Gej wącha klej* " (* - objaśnienie małym drukiem na dole - w sensie że "gryzie ziemię" - nie żyje). Po nogach pacjenta delikatnie hasają dwa kocięta ze skrzydłami nietoperza. Jeden drugiego uczy latać, a co jakiś czas pasiasta kocica podlatuje przed głowę pacjenta chwaląc mu się postępami wysoko unosząc dumny pyszczek i spadając zaszokowana w najmniej oczekiwanym momencie. Blondynka chyba opowiada coś o tych stworzonkach, uśmiechając się do śpiącego kompana i pokazując mu jak się z nimi obchodzić. Po dwóch godzinach wstaje i przykłada rękę do głowy pacjenta tak jakby chciała sprawdzić temperaturę, po czym wychodzi. Gdy przekracza próg sali szpitalnej jej twarz nadal jest pozornie szczęśliwa... sprawna ręka blednie przez siłę z jaką zaciskana jest w pięść.

Czwartego dnia w szpitalnym pokoju z rana i po południu pojawiły się dwie osoby. Za każdym razem był to wysoki, o bardzo sympatycznej twarzy naznaczonej zmarszczkami zmartwienia mężczyzna, wokół którego unosił się zapach delikatnej, przyjemnej wody kolońskiej mieszający się z mocnym zapachem Diora okalającym lekko zdenerwowaną i zmarnowaną blondynkę. Oboje siadają po przeciwnych stronach łóżka i przy muzyce 40 symfonii Mozarta opowiadają o czymś śpiącemu. Po jakimś czasie dziewczyna znika w łazience piorąc kolejną zmianę rzeczy, a mężczyzna bardzo delikatnie i z czułością "rozciąga i rozćwicza" po kolei ręce i nogi pacjenta. Po kilku seriach rehabilitacyjnych ćwiczeń mężczyzna robi krótki masaż poprawiający stan krążenia i podciąga nieco wyżej niebieski kocyk. Kobieta przymknęła okno uprzednio wydzierając się na dzieciaki. Mężczyzna wyszedł wcześniej głaszcząc po głowie dziewczynę i całując w czoło pacjenta. Blondynka usiadła na jednym z krzesełek i rozłożyła gazetę. Przeczytała całą od deski do deski. Markerem zakreślała jakieś fragmenty uprzednio konsultując się ze śpiącym. Zwinęła gazetę i włożyła do szafki. Z lekko posmutniałym wyrazem twarzy, silącym się na pokrzepiający uśmiech położyła mu rękę na czole tak jakby chciała zmierzyć temperaturę, po czym wyszła. Gdy przekroczyła próg sali jej brwi zmarszczyły się w zatroskaniu....

Piątego dnia blondynka weszła rozzłoszczona. W wazoniku stały złociste słoneczniki pachnące górskimi lasami i iglastymi drzewami. Wściekle czerwone bokserki nakrapiane czaszkami zdążyły już wyschnąć na zimnej poręczy łóżka. Przez okno wpadało co jakiś czas kilka kropli deszczu. Kobieta mówiła coś do nieprzytomnego pacjenta. Pretensje wirowały w powietrzu kąsając jej wymęczoną twarz. Oczy niezdarnie biegały na wszystkie strony szukając jakiegoś punktu zaczepienia, jakiejś "ostoi", jakiejś przerwy.... co jakiś czas sala wypełniała się dudniącą martwą ciszą. Ta cisza zdawała się ją dusić... raz po raz zaciskała ręce na głowie i przerywała ją z wysiłkiem głośnym zgrzytem zębów. Na jej twarzy drgały napięte mięśnie. Po jakimś czasie miotania się na wszystkie strony usiadła obok łóżka na ziemi powtarzając sobie coś szeptem i lekko uderzając czołem o poręcz łóżka. Siedziała dłużej niż zwykle. Potem po prostu wstała, nachyliła się nad pacjentem... i zanim zdążyła położyć rękę na jego czole by zmierzyć temperaturę, na policzek kompana spadła maleńka, słona kropelka, leniwie potoczyła się po kolistym kształcie i zostawiając po sobie złocisty ślad spłynęła do kącika ust... spadły jeszcze dwie błądząc i szukając ratunku.... kilka następnych zginęło w palcach poranionej kobiecej dłoni.... gdy przekroczyła próg sali jej oczy pragnęły mordu. Mięśnie wygrywały boleśnie wysokie tony ageresii podczas akompaniamentu zgrzytających zębów.