środa, 8 sierpnia 2012

Rasistowskie iskierki i rzymianie


Sonja Howe

- Nie... - nim zdążyła coś powiedzieć szermierz zrobił co mówił. Zmarszczyła brwi w niezadowoleniu przez, które przebijała troska. Dobrze pamiętała co są w stanie zrobić wilki.. a co dopiero coś co żyje tu w ciemnościach, tu w mroku, przyzwyczajone do środowiska.. przystosowane! Coś co zjeżyło włos na łbie Leona. 

- Leon idź bronić - szepnęła do mabari wskazując ruchem głowy zbyt odważnego szermierza. Mężczyźni... za grosz logiki, za grosz jasnego myślenia... ta ich męska duma. 

Sonja odwróciła gwałtownie głowę w stronę elfa - Faktycznie, niektórym bardziej pasuje taca i ścierka - powiedziała cicho i dostojnie - To się chyba nazywa. Po-wo-ła-nie. - mięśnie na jej twarzy zarały gniewnie, a twarz zdawała się być bledsza i bardziej zmęczona niż wcześniej. 


niedziela, 3 czerwca 2012

Surrender










 Kiedyś byłby ktoś, kto powiedziałby stop

Drugiego dnia na stoliku pojawiły się kwiaty, które pachniały oceanem i wydawało się że leciutko szumią jak ciche i spokojne morze. Rzeczy z których przebrano Nikolaja wyprane suszyły się na ramie łóżka. Na nogach nieprzytomnego pacjenta leżały w kłębku dwa batkoty wtulające w niebieski kocyk swoje włochate łebki. W powietrzu słychać bardzo cichutko nuty radosnej muzyki z opery "magiczny flet", której dźwięki wydobywają się z ogromnych słuchawek we wzorki, prosto do uszu pacjenta. Siedząca obok zmizerniała i posępna blondynka przegląda kartę badań. Po jakimś czasie wyciąga laptopa i coś w nim robi. Gdy wybija godzina 13 zamyka z zamyśleniem komputer chowając go do szafki. Po chwili wyrzuca z niej lekko nieświeży jogurt i jabłka, kładzie na stoliku świeże tuż obok małego koszyczka z dwiema bułkami i cukrowymi ciastkami Yezabel. Kładzie rękę na czole Nikolaja, jakby mierzyła temperaturę, po czym spuszczając wzrok wychodzi. Po przekroczeniu progu sali na jej twarz wkrada się blizna goryczy.

Trzeciego dnia przez okno wbiegają roześmiane śmiechy dzieci bawiących się nieopodal niesione lekkim, uspakajający i kojącym nerwy wietrzykiem. Do sali weszła uśmiechnięta, poobijana blondynka. Poczochrała po krótkich włosach leżącego mężczyznę i mówiąc coś do niego cały czas zaczęła sprzątać nienadające się do spożycia jedzenie zastępując je świeżym. Teraz stoliczek przystrojony był w jedno kiwi, dwa banany i jogurt naturalny z pełnym kompleksem witamin. Wazonik z kwiatami wzbogacono o małą różową chorągiewkę z napisem "Mikey Gej wącha klej* " (* - objaśnienie małym drukiem na dole - w sensie że "gryzie ziemię" - nie żyje). Po nogach pacjenta delikatnie hasają dwa kocięta ze skrzydłami nietoperza. Jeden drugiego uczy latać, a co jakiś czas pasiasta kocica podlatuje przed głowę pacjenta chwaląc mu się postępami wysoko unosząc dumny pyszczek i spadając zaszokowana w najmniej oczekiwanym momencie. Blondynka chyba opowiada coś o tych stworzonkach, uśmiechając się do śpiącego kompana i pokazując mu jak się z nimi obchodzić. Po dwóch godzinach wstaje i przykłada rękę do głowy pacjenta tak jakby chciała sprawdzić temperaturę, po czym wychodzi. Gdy przekracza próg sali szpitalnej jej twarz nadal jest pozornie szczęśliwa... sprawna ręka blednie przez siłę z jaką zaciskana jest w pięść.

Czwartego dnia w szpitalnym pokoju z rana i po południu pojawiły się dwie osoby. Za każdym razem był to wysoki, o bardzo sympatycznej twarzy naznaczonej zmarszczkami zmartwienia mężczyzna, wokół którego unosił się zapach delikatnej, przyjemnej wody kolońskiej mieszający się z mocnym zapachem Diora okalającym lekko zdenerwowaną i zmarnowaną blondynkę. Oboje siadają po przeciwnych stronach łóżka i przy muzyce 40 symfonii Mozarta opowiadają o czymś śpiącemu. Po jakimś czasie dziewczyna znika w łazience piorąc kolejną zmianę rzeczy, a mężczyzna bardzo delikatnie i z czułością "rozciąga i rozćwicza" po kolei ręce i nogi pacjenta. Po kilku seriach rehabilitacyjnych ćwiczeń mężczyzna robi krótki masaż poprawiający stan krążenia i podciąga nieco wyżej niebieski kocyk. Kobieta przymknęła okno uprzednio wydzierając się na dzieciaki. Mężczyzna wyszedł wcześniej głaszcząc po głowie dziewczynę i całując w czoło pacjenta. Blondynka usiadła na jednym z krzesełek i rozłożyła gazetę. Przeczytała całą od deski do deski. Markerem zakreślała jakieś fragmenty uprzednio konsultując się ze śpiącym. Zwinęła gazetę i włożyła do szafki. Z lekko posmutniałym wyrazem twarzy, silącym się na pokrzepiający uśmiech położyła mu rękę na czole tak jakby chciała zmierzyć temperaturę, po czym wyszła. Gdy przekroczyła próg sali jej brwi zmarszczyły się w zatroskaniu....

Piątego dnia blondynka weszła rozzłoszczona. W wazoniku stały złociste słoneczniki pachnące górskimi lasami i iglastymi drzewami. Wściekle czerwone bokserki nakrapiane czaszkami zdążyły już wyschnąć na zimnej poręczy łóżka. Przez okno wpadało co jakiś czas kilka kropli deszczu. Kobieta mówiła coś do nieprzytomnego pacjenta. Pretensje wirowały w powietrzu kąsając jej wymęczoną twarz. Oczy niezdarnie biegały na wszystkie strony szukając jakiegoś punktu zaczepienia, jakiejś "ostoi", jakiejś przerwy.... co jakiś czas sala wypełniała się dudniącą martwą ciszą. Ta cisza zdawała się ją dusić... raz po raz zaciskała ręce na głowie i przerywała ją z wysiłkiem głośnym zgrzytem zębów. Na jej twarzy drgały napięte mięśnie. Po jakimś czasie miotania się na wszystkie strony usiadła obok łóżka na ziemi powtarzając sobie coś szeptem i lekko uderzając czołem o poręcz łóżka. Siedziała dłużej niż zwykle. Potem po prostu wstała, nachyliła się nad pacjentem... i zanim zdążyła położyć rękę na jego czole by zmierzyć temperaturę, na policzek kompana spadła maleńka, słona kropelka, leniwie potoczyła się po kolistym kształcie i zostawiając po sobie złocisty ślad spłynęła do kącika ust... spadły jeszcze dwie błądząc i szukając ratunku.... kilka następnych zginęło w palcach poranionej kobiecej dłoni.... gdy przekroczyła próg sali jej oczy pragnęły mordu. Mięśnie wygrywały boleśnie wysokie tony ageresii podczas akompaniamentu zgrzytających zębów.

wtorek, 22 maja 2012

Social frailty....



Alisha Toledo

Była jak w transie.. coś mignęło jej przed oczami.. coś blond-włose co tak bardzo jej się podobało i do niedawna imponowało. Coś co miało wszystko czego by chciała. Widziała czarne jednorożce srające pomarańczową tęczą i rózówoskóre wampiry umierające od blasku marmurowego ojca Pearl. Chwilę później niebezpiecznie do jej twarzy zbliżała się ognista patelnia paląc jej wszystko co miała na głowie.

Ali z cichym jękiem i szybkim, niezgrabnym ruchem otrzepała włosy z niewidzialnego ognia, spostrzegając nieprzytomnym wzrokiem Majkę. Oprzytomniała i wstała żwawo, pierwsze jej dwa kroki wyglądały komicznie, bo nogi zdawały się odmawiać jej posłuszeństwa, ale jak na pseudo slayerkę przystało zmusiła je do pracy. Uśmiechnęła się prawie urzekająco i pocieszająco. Stanęła obok Majki i obejmując ją ramieniem poprowadziła do stołu. - Nic się Sophie więcej nie stało, przypilnowałam by nikt się tam nie szarogęsił... wypij herbatę, Pearl zawsze ma dobrą herbatę... no chyba nie możesz poddać wątpliwości stwierdzenie, że zapewne najlepszą - szepnęła teatralnie głośno.. a może po prostu z jej gardła nie miał sił wydobyć się normalny głos. - Nie nie śpisz. I tak oni Ci tu będą opowiadać to co ja wczoraj. Tam jest profesor Toledo - wskazała ręką Roya.

wtorek, 8 maja 2012

Underwater LOVE


Eden or Harley?

Nie raz wychodziła na ulice w samej koronkowej, kończącej się mniej więcej w jednej trzeciej uda, białej halce upstrzonej milionem czerwonych plamek. Wpatrzona z zachwytem w nocne światła przechadzała się ulicami idąc ze splecionymi za plecami rękoma... po deszczu wszystko było tak niesamowicie lśniące, odbijało się dookoła milionem kolorów, nocą nikt nigdy nie miał prawa się nudzić. Nocne kluby migocząc neonami zapraszały do siebie, po ulicach przetaczali się pijani ludzie... nie raz roześmiani, innym razem wściekli, zirytowani. Eden obserwowała każde z nich jak nowy okaz zwierzyny w zoo. Wpatrzona w refleksy na mokrym asfalcie szła boso rozkoszując się mrożącym krew w żyłach chłodem i odgłosami jej ulubionej pory dnia.

Niestety tym razem jej cel był znany. Nie mogła zatopić się w nocy zespalając się z nią i tonąc w jej objęciach. Ktoś szarpał jej stąpającą po ziemi część świadomości i kazał iść, robić, być świadomą. Na jej szyi podzwaniały różnej wielkości krzyże. Co jakiś czas łapała jeden w palce i obracała unosząc go w stronę światła, lubiła refleksy które się na nich pojawiały w zetknięciu z różnymi punktami jasności.

Niewiele później pojawiła się przed rezydencją toreadorki. Po drodze musiała zahaczyć o jakiś squot, bo w tej chwili poza bieliźnianą, króciutką halką miała na sobie równie krótki, czerwony płaszcz, którego nigdy  nie śmiała by zapiąć i minimalnie za duże, czarne kozaki na zupełnie płaskiej podeszwie. Ostry makijaż. Mocno czerwone usta, tak samo jak kolor płaszcza było widać z niemałej odległości. Ciemno podkreślone oczy i pozornie bez ładu rozpuszczone włosy.

Gdy tylko kainitka się odezwała dziewczyna zjeżyła się zadzierając i zginając palce dłoni jakby ktoś właśnie zarysował tablicę paznokciami. Nie dało się tego nie zauważyć, na twarz Eden wpełzł paskudny kaprys krzywdzonych uszu. Nienawidziła kainitów zachowujących się w ten sposób, a spotkania w większym gronie wampirów zawsze powodowały, że maniery Harley przekradały się do zachowania burdelmamy. Otrząsając się zrzuciła z ramion płaszcz, spadł lekko u jej stóp i został tam gdzie "się położył". Kobieta usiadła na oparciu fotela zakładając noga na nogę. Halka była tak krótka, że praktycznie nie zakrywała nawet czarnej, koronkowej bielizny. Eden zmysłowo wplotła dłoń w lekko wilgotne włosy opierając łokieć o górę fotela i nabierając spory haust cieplejszego powietrza zdecydowała się spojrzeć na stół. Uniosła jedną brew.. starzy i ten ich jebany tupet... szeptała jej do ucha wściekła Harley. Eden tylko uśmiechnęła się uroczo do swoich myśli.

- To nie prrrolem... - odpowiedziała ściszonym głosem spoglądając na gnagrela i mierząc ją od stóp do głów. Jej głos był cichy i zmysłowy, ale dało się w nim usłyszeć nutkę jakiejś... warczącej niegodziwości?

Z ociąganiem spojrzała na toreadorkę. W głębi duszy podzielała niesmak jaki było widać po rudej dziewczynie, ale Eden nie wypadało dawać po sobie poznać takich rzeczy, w końcu, klient nasz pan.. albo dostosuj się do klienta, jak jest idiotą to sprawiaj pozory bycia idiotą. - Jest szansa na wprowadzenie własnych ludzi w miejsce powiedzmy jednej czy dwóch kelnerek, lub... jeden ochroniarz... - uniosła lewą brew czekając na odpowiedź.

Los się muuusi odmienić...




Sonja Howe

Od momentu, gdy padło jej nazwisko przez kilka pierwszych dni mało kto w ogóle podszedł do panienki by zamienić chociaż słowo. Chwilami odnosiła wrażenie, że jej wzrok kaleczy, a słowa cuchną zdradą i krwią. Ale to tylko jej bujna wyobraźnia. W końcu dziewiątego dnia wyjątkowo przemoczeni dotarli do Zapadni, wioski nazwanej tak od dziury w którą kiedyś wpadł pra pra pra dziad sołtysa i postanowił założyć tu osadę. I tak z pokolenia na pokolenie na dziurze stały chaty sołtysów, okolica się lekko zaludniała, a sam fakt że miejsce było głęboko w lesie sprawiał, że ludzie żyli tu dość niecodziennie, prędzej z łowiectwa i polowań niźli z uprawy roli.

Przyjęto ich gościnnie, w stajni bo w stajni, ale gościnnie. Piękna córka sołtysa, Mary-Sue, co do której tato miał wielkie plany przyniosła drużynie ciepłą strawę i kilka koców. Mercer w tym czasie poszedł zasięgnąć języka jak to ujął - "u lokalnych". A może po prostu.. się przewietrzyć. Nikt z nas nie widział w tym nic złego... bo każdy z nas usłyszał przewietrzyć, a powinien najprawdopodobniej usłyszeć "przepieprzyć". Gdy Sonja rozmawiała z sołtysem opowiadając mu o sytuacji w szerokim Fereldenie ten z zachwytem wsłuchiwał się w rozmowę, którą przerwał krzyk Pani sołtysowej. Kobieta wpadła do chaty targając za ucho pół nagą przepiękną córkę, która panicznie próbowała zakryć się plątającą wszędzie halką. Musiała zakładać ją w pośpiechu. Sonja najpierw zakryła usta dłonią, po czym szybko przesunęła rękę w górę zasłaniając oczy tak by nie patrzeć. Na jej policzki znów wkradły się szkarłatne rumieńce. Z wrażenia wstała równo z sołtysem i nim zdążyła coś powiedzieć za kobietą wpadło trzech osiłków targając przystojnego mężczyznę. Sonja szybko uznała, że nie wypada zasłaniać twarzy, może nie wypada wcale tu być!? Jednak przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od zgrabnej, umięśnionej sylwetki odzianej jedynie w lniane spodnie i skórzane buty. Włosy mężczyzny, czarne i rozwichrzone, niemal całkowicie zasłaniały jego twarz. Widziała jedynie.. tak.. ładnie zarysowany podbródek udekorowany łobuzersko zadbanym zarostem. Wieśniak po lewej szarpnął mężczyznę za włosy ukazując ich oczom...

- MERCER!?

To po prostu wydarło się z jej ust. Zaczęła gorączkowo się rozglądać. Starsza kobieta wrzeszczała w niebogłosy łapiąc za wałek do ciasta, szermierz szarpał się i uśmiechał szelmowsko do każdej kobiety w pomieszczeniu, gdy tylko mógł, twarz sołtysa zaczęła przypominać płonącego ze złości buraka, a "biedna Mary-Sue" piszczała coś cicho o wielkiej miłości. Zbiegało się coraz więcej ludzi, za oknem widać już było biegnącego maga z ich przywódcą. Za drugim oknem przypałętało się kilku z pochodniami i widłami... a noc ciemna była. Sonja wbiegła między wrzeszczących rodziców, ale ci ją zupełnie zignorowali. Odwróciła się na pięcie i kopnięciem "wypchnęła" Mercera i wielkoludów za drzwi. Szermierz miał refleks, trzeba było mu to przyznać, po tym jak Howe syknęła "pomóż mi Cię stąd wypchnąć!" mężczyzna z całej siły wyrwał się do przodu, po czym dał za wygraną w wyniku czego wszyscy polecieli do tyłu. Dziewczyna zatrzasnęła drzwi. - CISZA! - i cisza zapanowała.

Wściekła sołtysowa małżonka pozasłaniała okna w chacie, a sołtys zgodził się z wielką niechęcią wysłuchać Sonji.

- My was pod własny dach wpuszczamy! TAKIE ZAWSZAWIONE PSY!?

- Panie sołtysie spodziewałam się po Panu większej ogłady językowej, ale być może postawiłam Panu zbyt wysoko poprzeczkę?

Mężczyzna sapnął i ucichł nadymając policzki. Dziewczyna łkała w kącie wołając Mercera - jej pogromcę smoków, a Sonja tylko otrzepała koszulę i usiadła przy stole wskazując sołtysowi by dosiadł się do niej. Jedno zdążyła wychwycić, miał wielkie ambicje i żal do położenia wioski. Chciał być człowiekiem światowym. To potraktowała go jak człowieka światowego.

- Powinna Pani zabrać córkę w tej chwili, tak nie przystoi... proszę doprowadzić tę młodą damę do porządku i nie łkać nad jej losem, bo jest Pani córka starsza ode mnie i jej czyny są jej własną decyzją. - Sołtysowa zdębiała i zawstydzona zatargała "małolatę do kuchni", a kobietą mądrą była...

Pękaty mężczyzna na przeciw młodej Howe już wiedział co się szykuje. Miał do czynienia ze szlachcianką, z byłą dworką Królowej o czym nie omieszkała wspomnieć, w dodatku ułożoną tak jak miała być ułożona przepiękna Mary-Sue. Sołtys przełknął słowa Sonji z kamienna twarzą. Nie darowała mu wspomnieć o wychowaniu, o podstawach etykiety, o tym jak się tuszuje takie skandale na dworach i że takie sytuacje zdarzają się wszędzie.. prawdziwą sztuką jednak było zawoalować to tak byś tylko wiedział o tym Ty Panie Sołtysie, a nie cała wioska i przyjezdni podróżnicy, którzy opowiadają swoje historie w każdej karczmie.

Po godzinie z chaty sołtysa wyszła spokojnie Sonja Howe z dumnie uniesioną głową. - Marcer, jazda do stajni! - warknęła do mężczyzny który z pomocą przywódcy wyswobodził się z rąk dryblasów.

Kobieta nie powiedziała ani słowa każąc im tylko postawić warty i wyruszyć zanim jeszcze słońce wstanie.

- Szkoda by było tego na widły - uśmiechnął się urzekająco Mercer puszczając do Howe oczko. Oczywiście miał na myśli siebie i celowo hasał po stajni pół nocy tak jak go wieśniacy przydybali. Sonja wytrzymała jego spojrzenie zaciskając zęby i płonąc ze wstydu na twarzy.

Na szczęście.. obyło się bez wszechobecnego zabijania.

--------------------

Weszła do karczmy dumnie, gdy przyszła na nią kolej, z nieco smutnym wyrazem twarzy, włosami spiętymi w kok który wytargał wiatr i zwilżył deszcz, odziana w gruby, szkarłatny płaszcz.. wymalowana cichą pewnością siebie i dążeniem do swoich racji. Zrzuciła delikatnie okrycie rozwieszając je na drewnianym krześle i perfekcyjnie zbalansowanym ruchem ręki przeczesała niesforne kosmyki włosów. Poprawiła białą płócienną koszulę, spiętą gorsetem i założyła nogę na nogę starając się zetrzeć ze skórzanych spodni piach podróży. Z wysokich butów kobiety kapnęło na podłogę kilka błotnistych kropel. - Psia pogoda... - szepnęła sama do siebie ściągając rękawiczki i wzdychając lekko.

Gdy postawiono przed nią grzane wino, i gdy przyszło im trochę czekać na ciepłą strawę odwróciła głowę w stronę Donovana z zastanowieniem i przez chwilę wpatrywała się w jego twarz. Wzrok Sonji był zawsze wręcz nadziewany tajemniczością, nie sposób było odgadnąć co po jej jasnej głowie goni. Po chwili najprawdopodobniej zorientowała się, że coś jest nie do końca tak uśmiechnęła nieśmiało i przeniosła wzrok na blat stołu grzejąc ręce o kubek ciepłaego napoju.

Była opanowana. Zawsze była opanowana. Jednak gdy usłyszała w swoim kierunku Stark o mało nie udławiła się popijanym winem. Szybko zakryła usta dłonią, odwróciła twarz od pozostałych i zakaszlała po cichu starając się opanować zakrztuszenie. Odkaszlnęła ostatni raz, przeprosiła słabym głosem i spojrzała na Marcera z wielką zaciętością na twarzy. Jej policzki płonęły czerwienią odcinając się mocno od bladej cery. - Howe - być może szczęściem było, że głos panienki Sonji był z natury cichy i spokojny, a być może w tej odległej od "cywilizacji" karczmie nie miało by to nawet znaczenia. - Jeżeli zamierzasz Mercerze mówić do mnie po nazwisku, proszę mów je poprawnie. Mam nadzieję, że nie będę musiała więcej Ci o tym przypominać... szermierzu... - mimo jej niewielkiej postaci i zawstydzonej twarzy w jej "przemowach" zawsze było coś lekko niepokojącego. Nutka władczości, pomieszana z dumą i uprzedzeniem? Jednocześnie nie raz w podróży dało się mimo wszystko doszukać w jej zachowaniu takich elementów, które dowodziły, że owy Mercer wprawia ją w tak częste zakłopotanie, że nikt nie był by zdziwiony gdyby padła na atak serca.

Fiu Fiuuuu


Bo to

Rysunek o gejach będzie :3 jak się go zrobi i dokończy :P

niedziela, 6 maja 2012

Who... ?


Mr Nobady

On nigdy nie wstaje, nigdy się nie pieprzy
Nigdy nie rusza się z domu, bo prześladuje go pech
Nigdy nie czyta, nie rysuje
Nie śpi, mówi, że ma złą krew

Kolejny rok, kolejne dni, kolejne pożegnane ofiary.


Elena "Marla" Locca


Noc, jak każda inna nie była przyjemna. Łuna zachodzącego słońca dawno wygasła za horyzontem zaganiając do pracy zdradzieckie ciemności. Na tle nieba, drogą zmierzały dwie postacie. Mężczyzna kiwał się na nogach ze zmęczenia, szedł lekko przygarbiony ściskając w rękach ukochaną strzelbę. Kobieta, niska i drobna, nie zwracając uwagi na kompana szła żwawo rozglądając się na boki i raz po raz nadając jakiś sygnał latarką.
– Powinniśmy byli zdążyć przed zmrokiem! Wiesz co to oznacza? Że PWINNO być jeszcze widno! - dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana. Jej głos był przyjemny, ale nie dało się pominąć warczącej gniewnie nuty dzikości czyhającej gdzieś w głębi niej samej, czekającej tylko na chwilę, gdy dozwolone jej będzie wybuchnąć. Sposób w jaki wypowiadała poszczególne sylaby, zarówno jak i akcent, sugerowały, że z pochodzenia nie ma nic wspólnego z Amerykanami czy Brytyjczykami… to jedyne co było widomo o jej korzeniach. Nie była stąd.
– Locca zwolnij! To już nie te czasy, patrolowałem 14 lat więcej od Ciebie, zlituj się. Bądź człowiek! – wychrypiał zmęczony towarzysz. Dziewczyna jak na zawołanie odwróciła się na piętach i jedyne co zobaczył blond włosy mężczyzna to jeszcze więcej gwiazd na niebie. Kobieta z całej siły, a tego jej nigdy nie brakowało, uderzyła go pięścią w twarz.
– Być jak człowiek!? Mam Cię zostawić byś tu sczezł?! Przestań się mazgaić i wstawaj, już niedaleko. Dawaj kurwa młodym dobry przykład… - to mówiąc szła już swoim żwawym tempem - Co spotkanie musztrujesz nas tymi swoimi ćwiczeniami, a jak przychodzi co do czego to poruszasz się i mazgaisz jak kulawy bramin - jej głos gniewnie i niebezpiecznie kierował się na podniesione tony. Mężczyzna westchnął, wyprostował się i przestał udawać dorównując jej kroku…

– Spóźniliście się – ciężki i surowy głos o dość niskiej częstotliwości dochodzi zza ich pleców tuż po tym, jak wbiegli do kryjówki. W zabunkrowanej piwnicy, pod metalowym, ciężkim głazem znajdowało się kilka pomieszczeń. W przedsionku niemrawo migała ledwo żyjąca jarzeniówka nadając wszystkiemu trupio bladego poblasku. Siedlisko gangu. Fantasmagoria… słowo o dawno zapomnianym znaczeniu, kojarzące się z czymś nie do końca naturalnym i rzeczywistym. Gołe betonowe ściany powodowały, że całość kompleksu była jeszcze bardziej chłodna i szorstka. O wystroju nie można nawet mówić. Trzy niewielkie pomieszczenia i jedno główne… Pomieszczenie po lewej było okratowane… wewnątrz czuć było zapach lekkiej stęchlizny przeplatany delikatną wonią śmierci i krwi. Po prawej pomieszczenie stanowiło niewielką kanciapę z lampą przeciw komarom. Tak absurdalna i niepotrzebna w świecie gdzie komar potrafi być wielkości samochodu. Metalowy, nieco pordzewiały stół, na stole karty, żetony i papierosy. Obok dwie skrzynie z pustymi butelkami po sławnym „nukanapoju”…. Metalowa półka obrzucona przestarzałym i nie do końca zdrowym jedzeniem w kartonach… pomieszczenie na wprost metalowej drabiny prowadzącej do włazu było na co dzień zamykane grubymi drzwiami z ciężkiej stali, w przedsionku stały środki czystości wymieszane z różnymi rupieciami. Duże pomieszczenie było czymś na kształt salonu obrzydliwie połączonego z salą prosekcyjno-laboltoryjną. Na dwóch zdezelowanych kanapach porozrzucany leżał sprzęt bojowy Fantasmagorii, który czekał na powrót Lufy i totalny remanent. Kasper stał przy drabinie z założonymi rękoma łypiąc gniewnie spod ciemnych okularów na „spóźnialskich".
Ciężkie kroki dwójki patrolujących rozeszły się po „kompleksie”. Locca z niedbałością rzuciła na stół w salonie rękawicę wspomaganą i siadając na jedyny krześle rozmasowała swoje nadgarstki. Lufa ukląkł przed kanapą i wyciągając zamaszystym ruchem szmatę z kieszeni zabrał się za czyszczenie sprzętu i odzysk amunicji. Ostatnio było z tym coraz ciężej. Cisze przerywało co jakiś czas mlaskanie dobiegające z okolic stołu operacyjnego na którym Franky zawzięcie kroił jakieś niewielkie zwierzę.. nawet tu w domu, nasz brat najczęściej chodzi w masce, dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem.

Lola drzemał beztrosko w kanciapie…

Głośny huk oderwał wszystkich od rutynowych czynności, włączył w ich głowach tryb gotowości bojowej, wszyscy ruszyli w stronę włazu… a na środku pomieszczenia siedział Alo rozmasowując obitą głowę…
– znowu się zjebałem… sory wiara.. – wybąkał Blake.
Lola parsknął śmiechem i wskoczył na drabinę wychylając się na górę i zamykając właz. Kasper palną chłopaka przez łeb i zawlókł do pokoju socjalnego. Reszta podążyła za nim. Stanęli na środku salonu patrząc znacząco na kumpla… Alo zrzucił z pleców worek, coś w nim zabrzęczało….
– się JE się WIE – nikt nie przykładał wagi do znaczenia wypowiedzianych przez młodzika słów, wszyscy rzucili się na pakunek.
– MERRY CHRISTMAS suki! – chłopak rzucił się na gburowatego brata ściskając go ze łzami w oczach. Wszyscy rozpakowali swoje prezenty.. każdy lubił inny rodzaj alkoholu, rzadko mogli wybierać. Ale w końcu hej była gwiazdka! Marla wyjęła butelkę rumu i nałożyła na zakurzone włosy czapkę świętego mikołaja, Lufa w podskokach ze swoim koniakiem włączył starego zdezelowanego bum-boxa, młody wskoczył na stół z piersiówką czegoś w zębach zaczynając swój pokazowy striptiz przy gwizdach Loli i narzekaniach Kaspera. W bunkrze zrobiło się głośno. W końcu była okazja.
Marla podeszła do zaabsorbowanego pracą Francisco i obejmując go w pasie postawiła przed nim wino. Mężczyzna zesztywniał i jak w zwolnionym tempie odwrócił do niej głowę, szarpnął i wepchnął dziewczynę między siebie, a stół przygważdżając ją mocno do kantu metalowej kozetki. Chwycił niedbale za włosy odchylając brutalnie głowę w tył i przystawiając skalpel do szyi. Czuła drażniące ostrze. Wstrzymała oddech. Franky cofnął rękę i zwiesił ją wzdłuż ciała. Locca położyła mu dłoń na policzku przykrytym materiałem i ściągnęła delikatnie maskę. On zawsze przypominał zranionego i zagubionego chłopca, mógł być naprawdę piękny, na swój sposób właśnie taki dla nich był. Kobieta objęła go delikatnie i pocałowała w usta… był jedyną osobą, która dostawała od niej ten prezent co jakiś czas bez okazji. Uwielbiała młodego. Rozumieli się bez słów jak bliźnięta. Chłopak uśmiechnął się półgębkiem i chwycił zakrwawionymi rękoma butelkę. Prowadzony za ramię dołączył do zabawy.

Kolejny rok, kolejne dni, kolejne pożegnane ofiary. Święta skończyły się tak szybko jak baterie w starym radiu, kompani szybko zapadli w sen zmęczeni codziennością. W kompleksie panowała cisza nietknięta żadnym dźwiękiem. Przyjaciele spali bez ruchu, czujnie, jeden na drugim… w powietrzu błąkał się zapach przepoconego alkoholu i metaliczna woń rozbebeszonego na stole prosektoryjnym zwierzęcia… czas na chwilę się dla nich zatrzymał.

To wszystko o co Cię proszę..




Olivia Lancaster



„Przyśnij mi się pewnej nocy gdy na niebie lśnić będą gwiazdy.
Daj mi siłę, bym mogła budzić się co dzień i wypełniać mój dzień wspomnieniami tak, aby nie bolały.
Powiedz mi czy mnie kochałaś


Nie będę płakać, nie mam już czym.
Obiecuję stać się człowiekiem, z którego będziesz dumna.
Będę myśleć o Tobie jak o aniołach, które tak kocham.
I szukać Cię będę pomiędzy liśćmi drzew.
Muszę sama stawić czoła światu, od nowa...
muszę nauczyć się żyć bez części mnie samej, którą ze sobą zabrałaś.
To wszystko o co Cię proszę


D.”

Wzięła głęboki oddech uspokajając swoje chaotyczne myśli. Stała na środku ulicy wpatrzona w stary, ziejący pustką pub... szeroko otwarte oczy, przyśpieszone tętno, oddech zdawał się być niekulturalnie głośny. Uspokajała myśli... uspokajała ciało. Skupiała się na muzyce. Przez chwilę na środku drogi zapłonął ogień z zapalniczki. Rozjarzony koniec papierosa wyglądał jak świetlik miotający się we mgle... nie znający drogi do domu. Sam maleńki. Zatruwany rakotwórczym dymem, zgubiony w mleczno-szarej aureoli falującej wokół głowy prostytutki. Zaplątany pomiędzy kadrami filmu, był jak ruchomy, absurdalnie niemożliwy punkt na stop-klatce...

Razem z ostatnią partią nikotyny wydychanej z płuc, wyrzuciła z głowy ostatnią złą myśl. Ostatnią na tę chwilę. Kolejny głęboki wdech. Podeszła powoli na palcach w stronę pubu. Muzyka drażniła jej słuch... była nieprzyzwoicie głośna. A może tylko jej się tak zdawało? Tak jak każdy najmniejszy odgłos w tym miejscu, tak i ta piosenka nie miała prawa bytu, była skazą, była intruzem, była obcym ciałem w żywym organizmie... w końcu spowoduje zakażenie. Zwróci na siebie uwagę układu immunologicznego. Wszystkie krwinki, komórki i tkanki będą próbować zwalczyć nieproszonego gościa. Zgotują mu piekło...

Przełykając nerwowo ślinę uchyliła skrzypiące drzwi mrużąc oczy by dojrzeć jakiś szczegół w ciemności...

Błagając... i modląc się do swojego serca by żyło kilka decybeli ciszej.

Tik tak.. tik... tak

sobota, 5 maja 2012

Stare ale jare



Bo czasem w życiu tak bywa, że nie ma czasu... i się odkopuje... rupiecie i nie ma się pomysłu na wpis.. so będę kontynuować swoją uciechę z kolejnych nowo poznanych ludzi z piątku :3 InQ wychodzi na prostą.

OLE!

środa, 25 kwietnia 2012

Bloody... Minewhile





 ...



Minewhile... so...

Falken był sam. Kazałam mu być samemu. Zawsze tatuował mnie gdy byłam sama. Przemilczał każdą bliznę jaką widział. Zmieniał się jego wyraz twarzy.. ale milczał. Zna mnie dobrze. Wie kiedy milczeć. Wyciągnął naprawdę stare radio spod koi Hrabiny... nazywano je kiedyś boomboxami, działają na baterie... trochę musiałam przerobić jego system zasilania i czytniki danych, ale to nigdy nie stanowiło dla mnie większego problemu. Włączyliśmy Boba Dylana i odpaliliśmy cygara... światło w kajutach na Ithurielu jest trupio zielone.. zapaliliśmy nocną lampkę dającą trochę ciepłego światła. Na przerobionej desce do prasowania Czarodziej zwykł kłaść swoich „pacjentów”. Chwilę się posprzeczaliśmy, nie obyło się bez dania sobie po mordach, w końcu położyłam się na miejscu wpatrując się w trupio blady sufit mojego dzieciństwa. Przygotowaliśmy wszystko do rysowania, przerzuciłam przez uda płócienną szmatkę, Falken usiadł między moimi nogami. Poczułam jak delikatnie kładzie moje nogi na swoich udach. Ma takie szorstkie dłonie. Potrafi być delikatny, nigdy nie chce się do tego przyznać. Wiem że o mnie dba... i tym razem nie umknął mi wielki grymas na jego twarzy.. wiem że nigdy nie widział tych blizn. Pewnie o nich słyszał... nie widział. Jego twarz lekko postarzała się, plecy przygarbiły, nachylił się... przyjrzał z bliska.. z bardzo bliska. Przesuną dłońmi wzdłuż najmocniejszych cięć, jak po głowie niemowlaka. Z czułością i troską. Jak... Daniel. Wokół jego głowy unosił się dym cygara okalając zmęczone, brudne włosy niczym aureola. Ojciec zawsze mawiał że jesteśmy wyjątkowi... zbiera nas, tych których odrzuca społeczeństwo. Mawiał że wielu z nas było świętych... upadli aniołowie. Wiem. Widzę. Czuję. 


Zawsze obchodzi się z moim ciałem jak z przysłowiową porcelaną. Widziałam jak brutalnie potrafi tatuować, sama tego nie doświadczyłam. Bob zawodził blowing in the wind, a my mruczeliśmy pod nosem wraz z nim... czułam każde pojedyncze ukłucie w okolicach kości miednicy. Raz po raz robiliśmy sobie przerwy, kład głowę na moim brzuchu i wdychał swoją świętą otoczkę z dymu cygara. Skończył spryskując tatuaż jakimś swoim specyfikiem i naklejając jednodniowy opatrunek. Ściągnęliśmy go po godzinie. „Banjamin... zdaje się deptać nam po piętach”. Jego brwi zmarszczyły się gniewnie. „Nie mam pojęcia co robi Daniel... nie mam go przy sobie cały czas”. Ze złością zrzucił wszystko ze stołka i wywrócił deskę do prasowanie. Odskoczyłam na bok. „Uspokój się”. Wkurwiony stokroćset bardziej tymi słowami rzucił we mnie Mortem Dziqua. Czaszka odbiła się z łoskotem o poręcz łóżka Hrabiny i upadła pod jego nogami. Opadł ciężko na łóżko i wplótł dłonie w swoje brudne włosy. Usiadłam za nim. Rozmasowałam mu kark, uspokoił się minimalnie. „Dziś jest czwartek... możesz iść się wykąpać” roześmiał się. „Taka dola włamywacza, każą Ci kurwa włazić w każdą dziurę bo masz zręczne palce i zajmują kibel” szarpnęłam go za włosy w tył tak by zabolało. Z kwaśnym wymuszonym uśmiechem wycedził przez zaciśnięte zęby „za chuja nie wyrwiesz ich skarbie, ten smar z lewego skrzydła jest kurwa sto razy mocniejszy od klei Jezusa”. Puściłam. Jak na zawołanie weszła do kajuty. Wiem że lubiła się z nim pieprzyć. Daniel też często bywał w jej kajucie. Jezus upatrzyła sobie braci Trudeau gdy jeszcze byli niepełnoletni. Opiekowała się nimi bardzo Namiętnie. Gdyby nie wiek Daniela, zapewne wyrósł by na grzeczniejszego chłopca. Jednak... za co go winić? W końcu wychował go Jezus. 



Usiadła obok nas porażając jedno i drugie uroczym uśmiechem. Alenę zdążyła przelecieć w podstawówce. Mnie nauczyła nieco innych sztuczek.... „Falken...” skrzywił się trochę jakby pociągnęła go za włosy. Uśmiechną się jadowicie w jej stronę. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia ile Jezus ma lat. Zawsze wyglądała niesamowicie młodo i czarująco. Wsunęła się na łóżko siadając tuż obok mnie. „Cherie Tensin..” westchnęła cichutko... spoglądając na mnie błagalnym wzrokiem. Jezus chce przelecieć Cherie. Do czego to doszło.... otrząsnęłam się z osłupienia dysząc pod ciężarem Czarodzieja, który zwalił się na mnie całym brudnym cielskiem. „Sebastian chwilowo wybiera się na Ithuriela. Santa i Posejdon robią sporo zamieszania, przez ostatnie ataki Rosiczki mamy mało zbalansowane siły Lenuś”. Udało mi się złapać nieco tchu i uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. „Wyszkoliliśmy wielu młodych kochana...” urwała by jeszcze raz oczarować mnie perlistym uśmiechem. „Mam już kilu chętnych dla Ciebie. Na wycieczkę na Balthazara... swoją drogą. Twoja to robota żeście statek nazwali naszym nieskażonym humanitaryzmem Alem?” pokiwałam w miarę możliwości głową, nadal próbując się wyswobodzić. „Sebastian, Vendigo, Czarodziej i Hrabina – Twoja urocza bojówka. Nie zapominając o mnie oczywiście”. Udało mi się lekko zepchnąć Falkena z lewej części ciała. „Vendigo jest wam potrzebna, niech zacznie szkolić nowych pilotów razem z Hrabiną” – Jezus bez słowa przyznała mi rację kiwnięciem głowy. Pamiętam jak pracowała dzień jeden dla Logana... miałam się jej przyglądać i uczyć. Moje siedmioletnie oczy widziały już wtedy wiele. Siedziałam w koncie przyglądając się jak przepięknie włada garotą. Dwójkę dzieci w moim wieku zabiła szybciutko, całując je w czoło „na dobranoc”, rewolwer dała mi. Nie mogłam się zastanawiać. W takich chwilach nie można się zastanawiać. Musisz, robisz. Każdy ułamek sekundy spędzony nad myślą robi o wiele więcej szkód. Powoduje miliony kolejnych ofiar. Pociągnęłam za spust. Kula przeszła przez sam środek czoła ich babci. Jej martwe ciało klęczało przede mną kiwając się chwilę jeszcze na zastygłych mięśniach. Uklękłam przed nią. Moi rówieśnicy bawili się w berka na ulicy, słyszałam przez okno ich rozbawione głosy. Położyłam dwa palce na czole babci. Jej wytrzeszczone oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Ta pani nigdy mnie nie lubiłam. „Odejdź w pokoju pani-babciu” wybąkałam pod nosem. Jesus uklęknęła za mnąc, chwytając mnie w pasie. Wtuliła głowę w moje białe loczki... „oddaj jej duszę Ojcu kochanie” szepnęła mi do ucha nie mącąc ciszy jaka panowała w pomieszczeniu. Rozstawiłam oba palce, jeden w górę drugi w dół.... zostawiając za nimi krwawą smugę... słyszałam śmiech Aleny z dołu. Złączyłam palce z powrotem... zrobiłam to samo w bok... Jezus chwyciła moją rękę i zlizała krew babci z moich palców. Kobieta przewróciła się w tył. Leżała blada i bezbronna patrząc w sufit. Na jej czole lśnił namalowany krwią krzyż, po ścianie ściekały resztki tkanki mózgowej, czaszki i krwi pozostawiając jedno-tonowe smugi, spływały po ścianie jak deszcz po szybie. Dzieci bawiły się w berka. Jezus wzięła mnie na plecy, objęłam jak zawsze jej szyję... 



Nocą poszłam do sypialni mojej babci. Leżała bezbronna i blada obok dziadka. Wczołgałam się między nich, oboje odwrócili się. Dziadek zapalił światło. Babcia spojrzała na mnie zatroskanym wzrokiem. „Co się stało aniołku? Co zaprząta Twoją głowę?”... przez twarz dziadka przemknął cień strachu... pokazałam w stronę babci dwa palce... palce którymi namalowałam na głowie innej babci krzyż, palce którymi pociągnęłam za spust... palce którymi oddałam duszę tamtej kobiety Mojemu Ojcu... chwyciła moją dłoń i ucałowała. Musiała uznać że mnie bolą... „Dzieciaku jutro lecisz z Ojcem do Kuzniecowów na obiad, wiesz że musimy rano wstać. Bądź twarda. Nie ma tego złego.. co się nie zagoi Aniołku” dziadek potargał moje włosy i ucałował mnie w czoło. „Logan kochanie zgaś światło” – dziadek zrobił jak babcia kazała... długo, nie mogłam spać

Namaste...




Wreszcie pojawił się czas i okazja by coś zrobić. Zdjęcia zrobione dzięki życzliwości Łukasza Matiszewskiego i Anther Studio ;} to niesamowite jak czasem z nieba spadają Ci ludzie, którzy są otwarci na pomoc i współprace... zwłaszcza jak masz doświadczenie wręcz przeciwne do takiego. W tej chwili jestem już w stanie powiedzieć że mam niewielkie grono znajomych - internetowych i nie - ale ich wszystkich uwielbiam. Poszłam z siostrą dziś na sesję dość nieprzygotowana, a mimo to wyszło z tego jak na moje pierwsze studio coś całkiem niezłego... w większości pojawi się w kolejnym poście jeszcze być może przed północą.

Stylizacja, make up, hair & photo by me ... ustawienia światła i nieocenione wskazówki by Łukasz M.

piątek, 20 kwietnia 2012

Bla bla bla

Not too much...
Bo czasami siedzieć i nic nie robić to za mało, by mieć pretekst do poużalania się nad sobą - ale starczy. Człowiekowi i nieludziowi łatwiej funkcjonować bez zobowiązań, bez czasu na myśli i lenistwo, po prostu być zabieganym i związanym po prostu czymś. Nie kimś. Więc wstaję z łóżka i siadam przed stołem kreślarskim mimo, że gdzie indziej mi wygodniej... ale trzeba w końcu coś zrobić. I wygodnie.. nie pomoże! O!