wtorek, 22 maja 2012

Social frailty....



Alisha Toledo

Była jak w transie.. coś mignęło jej przed oczami.. coś blond-włose co tak bardzo jej się podobało i do niedawna imponowało. Coś co miało wszystko czego by chciała. Widziała czarne jednorożce srające pomarańczową tęczą i rózówoskóre wampiry umierające od blasku marmurowego ojca Pearl. Chwilę później niebezpiecznie do jej twarzy zbliżała się ognista patelnia paląc jej wszystko co miała na głowie.

Ali z cichym jękiem i szybkim, niezgrabnym ruchem otrzepała włosy z niewidzialnego ognia, spostrzegając nieprzytomnym wzrokiem Majkę. Oprzytomniała i wstała żwawo, pierwsze jej dwa kroki wyglądały komicznie, bo nogi zdawały się odmawiać jej posłuszeństwa, ale jak na pseudo slayerkę przystało zmusiła je do pracy. Uśmiechnęła się prawie urzekająco i pocieszająco. Stanęła obok Majki i obejmując ją ramieniem poprowadziła do stołu. - Nic się Sophie więcej nie stało, przypilnowałam by nikt się tam nie szarogęsił... wypij herbatę, Pearl zawsze ma dobrą herbatę... no chyba nie możesz poddać wątpliwości stwierdzenie, że zapewne najlepszą - szepnęła teatralnie głośno.. a może po prostu z jej gardła nie miał sił wydobyć się normalny głos. - Nie nie śpisz. I tak oni Ci tu będą opowiadać to co ja wczoraj. Tam jest profesor Toledo - wskazała ręką Roya.

wtorek, 8 maja 2012

Underwater LOVE


Eden or Harley?

Nie raz wychodziła na ulice w samej koronkowej, kończącej się mniej więcej w jednej trzeciej uda, białej halce upstrzonej milionem czerwonych plamek. Wpatrzona z zachwytem w nocne światła przechadzała się ulicami idąc ze splecionymi za plecami rękoma... po deszczu wszystko było tak niesamowicie lśniące, odbijało się dookoła milionem kolorów, nocą nikt nigdy nie miał prawa się nudzić. Nocne kluby migocząc neonami zapraszały do siebie, po ulicach przetaczali się pijani ludzie... nie raz roześmiani, innym razem wściekli, zirytowani. Eden obserwowała każde z nich jak nowy okaz zwierzyny w zoo. Wpatrzona w refleksy na mokrym asfalcie szła boso rozkoszując się mrożącym krew w żyłach chłodem i odgłosami jej ulubionej pory dnia.

Niestety tym razem jej cel był znany. Nie mogła zatopić się w nocy zespalając się z nią i tonąc w jej objęciach. Ktoś szarpał jej stąpającą po ziemi część świadomości i kazał iść, robić, być świadomą. Na jej szyi podzwaniały różnej wielkości krzyże. Co jakiś czas łapała jeden w palce i obracała unosząc go w stronę światła, lubiła refleksy które się na nich pojawiały w zetknięciu z różnymi punktami jasności.

Niewiele później pojawiła się przed rezydencją toreadorki. Po drodze musiała zahaczyć o jakiś squot, bo w tej chwili poza bieliźnianą, króciutką halką miała na sobie równie krótki, czerwony płaszcz, którego nigdy  nie śmiała by zapiąć i minimalnie za duże, czarne kozaki na zupełnie płaskiej podeszwie. Ostry makijaż. Mocno czerwone usta, tak samo jak kolor płaszcza było widać z niemałej odległości. Ciemno podkreślone oczy i pozornie bez ładu rozpuszczone włosy.

Gdy tylko kainitka się odezwała dziewczyna zjeżyła się zadzierając i zginając palce dłoni jakby ktoś właśnie zarysował tablicę paznokciami. Nie dało się tego nie zauważyć, na twarz Eden wpełzł paskudny kaprys krzywdzonych uszu. Nienawidziła kainitów zachowujących się w ten sposób, a spotkania w większym gronie wampirów zawsze powodowały, że maniery Harley przekradały się do zachowania burdelmamy. Otrząsając się zrzuciła z ramion płaszcz, spadł lekko u jej stóp i został tam gdzie "się położył". Kobieta usiadła na oparciu fotela zakładając noga na nogę. Halka była tak krótka, że praktycznie nie zakrywała nawet czarnej, koronkowej bielizny. Eden zmysłowo wplotła dłoń w lekko wilgotne włosy opierając łokieć o górę fotela i nabierając spory haust cieplejszego powietrza zdecydowała się spojrzeć na stół. Uniosła jedną brew.. starzy i ten ich jebany tupet... szeptała jej do ucha wściekła Harley. Eden tylko uśmiechnęła się uroczo do swoich myśli.

- To nie prrrolem... - odpowiedziała ściszonym głosem spoglądając na gnagrela i mierząc ją od stóp do głów. Jej głos był cichy i zmysłowy, ale dało się w nim usłyszeć nutkę jakiejś... warczącej niegodziwości?

Z ociąganiem spojrzała na toreadorkę. W głębi duszy podzielała niesmak jaki było widać po rudej dziewczynie, ale Eden nie wypadało dawać po sobie poznać takich rzeczy, w końcu, klient nasz pan.. albo dostosuj się do klienta, jak jest idiotą to sprawiaj pozory bycia idiotą. - Jest szansa na wprowadzenie własnych ludzi w miejsce powiedzmy jednej czy dwóch kelnerek, lub... jeden ochroniarz... - uniosła lewą brew czekając na odpowiedź.

Los się muuusi odmienić...




Sonja Howe

Od momentu, gdy padło jej nazwisko przez kilka pierwszych dni mało kto w ogóle podszedł do panienki by zamienić chociaż słowo. Chwilami odnosiła wrażenie, że jej wzrok kaleczy, a słowa cuchną zdradą i krwią. Ale to tylko jej bujna wyobraźnia. W końcu dziewiątego dnia wyjątkowo przemoczeni dotarli do Zapadni, wioski nazwanej tak od dziury w którą kiedyś wpadł pra pra pra dziad sołtysa i postanowił założyć tu osadę. I tak z pokolenia na pokolenie na dziurze stały chaty sołtysów, okolica się lekko zaludniała, a sam fakt że miejsce było głęboko w lesie sprawiał, że ludzie żyli tu dość niecodziennie, prędzej z łowiectwa i polowań niźli z uprawy roli.

Przyjęto ich gościnnie, w stajni bo w stajni, ale gościnnie. Piękna córka sołtysa, Mary-Sue, co do której tato miał wielkie plany przyniosła drużynie ciepłą strawę i kilka koców. Mercer w tym czasie poszedł zasięgnąć języka jak to ujął - "u lokalnych". A może po prostu.. się przewietrzyć. Nikt z nas nie widział w tym nic złego... bo każdy z nas usłyszał przewietrzyć, a powinien najprawdopodobniej usłyszeć "przepieprzyć". Gdy Sonja rozmawiała z sołtysem opowiadając mu o sytuacji w szerokim Fereldenie ten z zachwytem wsłuchiwał się w rozmowę, którą przerwał krzyk Pani sołtysowej. Kobieta wpadła do chaty targając za ucho pół nagą przepiękną córkę, która panicznie próbowała zakryć się plątającą wszędzie halką. Musiała zakładać ją w pośpiechu. Sonja najpierw zakryła usta dłonią, po czym szybko przesunęła rękę w górę zasłaniając oczy tak by nie patrzeć. Na jej policzki znów wkradły się szkarłatne rumieńce. Z wrażenia wstała równo z sołtysem i nim zdążyła coś powiedzieć za kobietą wpadło trzech osiłków targając przystojnego mężczyznę. Sonja szybko uznała, że nie wypada zasłaniać twarzy, może nie wypada wcale tu być!? Jednak przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od zgrabnej, umięśnionej sylwetki odzianej jedynie w lniane spodnie i skórzane buty. Włosy mężczyzny, czarne i rozwichrzone, niemal całkowicie zasłaniały jego twarz. Widziała jedynie.. tak.. ładnie zarysowany podbródek udekorowany łobuzersko zadbanym zarostem. Wieśniak po lewej szarpnął mężczyznę za włosy ukazując ich oczom...

- MERCER!?

To po prostu wydarło się z jej ust. Zaczęła gorączkowo się rozglądać. Starsza kobieta wrzeszczała w niebogłosy łapiąc za wałek do ciasta, szermierz szarpał się i uśmiechał szelmowsko do każdej kobiety w pomieszczeniu, gdy tylko mógł, twarz sołtysa zaczęła przypominać płonącego ze złości buraka, a "biedna Mary-Sue" piszczała coś cicho o wielkiej miłości. Zbiegało się coraz więcej ludzi, za oknem widać już było biegnącego maga z ich przywódcą. Za drugim oknem przypałętało się kilku z pochodniami i widłami... a noc ciemna była. Sonja wbiegła między wrzeszczących rodziców, ale ci ją zupełnie zignorowali. Odwróciła się na pięcie i kopnięciem "wypchnęła" Mercera i wielkoludów za drzwi. Szermierz miał refleks, trzeba było mu to przyznać, po tym jak Howe syknęła "pomóż mi Cię stąd wypchnąć!" mężczyzna z całej siły wyrwał się do przodu, po czym dał za wygraną w wyniku czego wszyscy polecieli do tyłu. Dziewczyna zatrzasnęła drzwi. - CISZA! - i cisza zapanowała.

Wściekła sołtysowa małżonka pozasłaniała okna w chacie, a sołtys zgodził się z wielką niechęcią wysłuchać Sonji.

- My was pod własny dach wpuszczamy! TAKIE ZAWSZAWIONE PSY!?

- Panie sołtysie spodziewałam się po Panu większej ogłady językowej, ale być może postawiłam Panu zbyt wysoko poprzeczkę?

Mężczyzna sapnął i ucichł nadymając policzki. Dziewczyna łkała w kącie wołając Mercera - jej pogromcę smoków, a Sonja tylko otrzepała koszulę i usiadła przy stole wskazując sołtysowi by dosiadł się do niej. Jedno zdążyła wychwycić, miał wielkie ambicje i żal do położenia wioski. Chciał być człowiekiem światowym. To potraktowała go jak człowieka światowego.

- Powinna Pani zabrać córkę w tej chwili, tak nie przystoi... proszę doprowadzić tę młodą damę do porządku i nie łkać nad jej losem, bo jest Pani córka starsza ode mnie i jej czyny są jej własną decyzją. - Sołtysowa zdębiała i zawstydzona zatargała "małolatę do kuchni", a kobietą mądrą była...

Pękaty mężczyzna na przeciw młodej Howe już wiedział co się szykuje. Miał do czynienia ze szlachcianką, z byłą dworką Królowej o czym nie omieszkała wspomnieć, w dodatku ułożoną tak jak miała być ułożona przepiękna Mary-Sue. Sołtys przełknął słowa Sonji z kamienna twarzą. Nie darowała mu wspomnieć o wychowaniu, o podstawach etykiety, o tym jak się tuszuje takie skandale na dworach i że takie sytuacje zdarzają się wszędzie.. prawdziwą sztuką jednak było zawoalować to tak byś tylko wiedział o tym Ty Panie Sołtysie, a nie cała wioska i przyjezdni podróżnicy, którzy opowiadają swoje historie w każdej karczmie.

Po godzinie z chaty sołtysa wyszła spokojnie Sonja Howe z dumnie uniesioną głową. - Marcer, jazda do stajni! - warknęła do mężczyzny który z pomocą przywódcy wyswobodził się z rąk dryblasów.

Kobieta nie powiedziała ani słowa każąc im tylko postawić warty i wyruszyć zanim jeszcze słońce wstanie.

- Szkoda by było tego na widły - uśmiechnął się urzekająco Mercer puszczając do Howe oczko. Oczywiście miał na myśli siebie i celowo hasał po stajni pół nocy tak jak go wieśniacy przydybali. Sonja wytrzymała jego spojrzenie zaciskając zęby i płonąc ze wstydu na twarzy.

Na szczęście.. obyło się bez wszechobecnego zabijania.

--------------------

Weszła do karczmy dumnie, gdy przyszła na nią kolej, z nieco smutnym wyrazem twarzy, włosami spiętymi w kok który wytargał wiatr i zwilżył deszcz, odziana w gruby, szkarłatny płaszcz.. wymalowana cichą pewnością siebie i dążeniem do swoich racji. Zrzuciła delikatnie okrycie rozwieszając je na drewnianym krześle i perfekcyjnie zbalansowanym ruchem ręki przeczesała niesforne kosmyki włosów. Poprawiła białą płócienną koszulę, spiętą gorsetem i założyła nogę na nogę starając się zetrzeć ze skórzanych spodni piach podróży. Z wysokich butów kobiety kapnęło na podłogę kilka błotnistych kropel. - Psia pogoda... - szepnęła sama do siebie ściągając rękawiczki i wzdychając lekko.

Gdy postawiono przed nią grzane wino, i gdy przyszło im trochę czekać na ciepłą strawę odwróciła głowę w stronę Donovana z zastanowieniem i przez chwilę wpatrywała się w jego twarz. Wzrok Sonji był zawsze wręcz nadziewany tajemniczością, nie sposób było odgadnąć co po jej jasnej głowie goni. Po chwili najprawdopodobniej zorientowała się, że coś jest nie do końca tak uśmiechnęła nieśmiało i przeniosła wzrok na blat stołu grzejąc ręce o kubek ciepłaego napoju.

Była opanowana. Zawsze była opanowana. Jednak gdy usłyszała w swoim kierunku Stark o mało nie udławiła się popijanym winem. Szybko zakryła usta dłonią, odwróciła twarz od pozostałych i zakaszlała po cichu starając się opanować zakrztuszenie. Odkaszlnęła ostatni raz, przeprosiła słabym głosem i spojrzała na Marcera z wielką zaciętością na twarzy. Jej policzki płonęły czerwienią odcinając się mocno od bladej cery. - Howe - być może szczęściem było, że głos panienki Sonji był z natury cichy i spokojny, a być może w tej odległej od "cywilizacji" karczmie nie miało by to nawet znaczenia. - Jeżeli zamierzasz Mercerze mówić do mnie po nazwisku, proszę mów je poprawnie. Mam nadzieję, że nie będę musiała więcej Ci o tym przypominać... szermierzu... - mimo jej niewielkiej postaci i zawstydzonej twarzy w jej "przemowach" zawsze było coś lekko niepokojącego. Nutka władczości, pomieszana z dumą i uprzedzeniem? Jednocześnie nie raz w podróży dało się mimo wszystko doszukać w jej zachowaniu takich elementów, które dowodziły, że owy Mercer wprawia ją w tak częste zakłopotanie, że nikt nie był by zdziwiony gdyby padła na atak serca.

Fiu Fiuuuu


Bo to

Rysunek o gejach będzie :3 jak się go zrobi i dokończy :P

niedziela, 6 maja 2012

Who... ?


Mr Nobady

On nigdy nie wstaje, nigdy się nie pieprzy
Nigdy nie rusza się z domu, bo prześladuje go pech
Nigdy nie czyta, nie rysuje
Nie śpi, mówi, że ma złą krew

Kolejny rok, kolejne dni, kolejne pożegnane ofiary.


Elena "Marla" Locca


Noc, jak każda inna nie była przyjemna. Łuna zachodzącego słońca dawno wygasła za horyzontem zaganiając do pracy zdradzieckie ciemności. Na tle nieba, drogą zmierzały dwie postacie. Mężczyzna kiwał się na nogach ze zmęczenia, szedł lekko przygarbiony ściskając w rękach ukochaną strzelbę. Kobieta, niska i drobna, nie zwracając uwagi na kompana szła żwawo rozglądając się na boki i raz po raz nadając jakiś sygnał latarką.
– Powinniśmy byli zdążyć przed zmrokiem! Wiesz co to oznacza? Że PWINNO być jeszcze widno! - dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana. Jej głos był przyjemny, ale nie dało się pominąć warczącej gniewnie nuty dzikości czyhającej gdzieś w głębi niej samej, czekającej tylko na chwilę, gdy dozwolone jej będzie wybuchnąć. Sposób w jaki wypowiadała poszczególne sylaby, zarówno jak i akcent, sugerowały, że z pochodzenia nie ma nic wspólnego z Amerykanami czy Brytyjczykami… to jedyne co było widomo o jej korzeniach. Nie była stąd.
– Locca zwolnij! To już nie te czasy, patrolowałem 14 lat więcej od Ciebie, zlituj się. Bądź człowiek! – wychrypiał zmęczony towarzysz. Dziewczyna jak na zawołanie odwróciła się na piętach i jedyne co zobaczył blond włosy mężczyzna to jeszcze więcej gwiazd na niebie. Kobieta z całej siły, a tego jej nigdy nie brakowało, uderzyła go pięścią w twarz.
– Być jak człowiek!? Mam Cię zostawić byś tu sczezł?! Przestań się mazgaić i wstawaj, już niedaleko. Dawaj kurwa młodym dobry przykład… - to mówiąc szła już swoim żwawym tempem - Co spotkanie musztrujesz nas tymi swoimi ćwiczeniami, a jak przychodzi co do czego to poruszasz się i mazgaisz jak kulawy bramin - jej głos gniewnie i niebezpiecznie kierował się na podniesione tony. Mężczyzna westchnął, wyprostował się i przestał udawać dorównując jej kroku…

– Spóźniliście się – ciężki i surowy głos o dość niskiej częstotliwości dochodzi zza ich pleców tuż po tym, jak wbiegli do kryjówki. W zabunkrowanej piwnicy, pod metalowym, ciężkim głazem znajdowało się kilka pomieszczeń. W przedsionku niemrawo migała ledwo żyjąca jarzeniówka nadając wszystkiemu trupio bladego poblasku. Siedlisko gangu. Fantasmagoria… słowo o dawno zapomnianym znaczeniu, kojarzące się z czymś nie do końca naturalnym i rzeczywistym. Gołe betonowe ściany powodowały, że całość kompleksu była jeszcze bardziej chłodna i szorstka. O wystroju nie można nawet mówić. Trzy niewielkie pomieszczenia i jedno główne… Pomieszczenie po lewej było okratowane… wewnątrz czuć było zapach lekkiej stęchlizny przeplatany delikatną wonią śmierci i krwi. Po prawej pomieszczenie stanowiło niewielką kanciapę z lampą przeciw komarom. Tak absurdalna i niepotrzebna w świecie gdzie komar potrafi być wielkości samochodu. Metalowy, nieco pordzewiały stół, na stole karty, żetony i papierosy. Obok dwie skrzynie z pustymi butelkami po sławnym „nukanapoju”…. Metalowa półka obrzucona przestarzałym i nie do końca zdrowym jedzeniem w kartonach… pomieszczenie na wprost metalowej drabiny prowadzącej do włazu było na co dzień zamykane grubymi drzwiami z ciężkiej stali, w przedsionku stały środki czystości wymieszane z różnymi rupieciami. Duże pomieszczenie było czymś na kształt salonu obrzydliwie połączonego z salą prosekcyjno-laboltoryjną. Na dwóch zdezelowanych kanapach porozrzucany leżał sprzęt bojowy Fantasmagorii, który czekał na powrót Lufy i totalny remanent. Kasper stał przy drabinie z założonymi rękoma łypiąc gniewnie spod ciemnych okularów na „spóźnialskich".
Ciężkie kroki dwójki patrolujących rozeszły się po „kompleksie”. Locca z niedbałością rzuciła na stół w salonie rękawicę wspomaganą i siadając na jedyny krześle rozmasowała swoje nadgarstki. Lufa ukląkł przed kanapą i wyciągając zamaszystym ruchem szmatę z kieszeni zabrał się za czyszczenie sprzętu i odzysk amunicji. Ostatnio było z tym coraz ciężej. Cisze przerywało co jakiś czas mlaskanie dobiegające z okolic stołu operacyjnego na którym Franky zawzięcie kroił jakieś niewielkie zwierzę.. nawet tu w domu, nasz brat najczęściej chodzi w masce, dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem.

Lola drzemał beztrosko w kanciapie…

Głośny huk oderwał wszystkich od rutynowych czynności, włączył w ich głowach tryb gotowości bojowej, wszyscy ruszyli w stronę włazu… a na środku pomieszczenia siedział Alo rozmasowując obitą głowę…
– znowu się zjebałem… sory wiara.. – wybąkał Blake.
Lola parsknął śmiechem i wskoczył na drabinę wychylając się na górę i zamykając właz. Kasper palną chłopaka przez łeb i zawlókł do pokoju socjalnego. Reszta podążyła za nim. Stanęli na środku salonu patrząc znacząco na kumpla… Alo zrzucił z pleców worek, coś w nim zabrzęczało….
– się JE się WIE – nikt nie przykładał wagi do znaczenia wypowiedzianych przez młodzika słów, wszyscy rzucili się na pakunek.
– MERRY CHRISTMAS suki! – chłopak rzucił się na gburowatego brata ściskając go ze łzami w oczach. Wszyscy rozpakowali swoje prezenty.. każdy lubił inny rodzaj alkoholu, rzadko mogli wybierać. Ale w końcu hej była gwiazdka! Marla wyjęła butelkę rumu i nałożyła na zakurzone włosy czapkę świętego mikołaja, Lufa w podskokach ze swoim koniakiem włączył starego zdezelowanego bum-boxa, młody wskoczył na stół z piersiówką czegoś w zębach zaczynając swój pokazowy striptiz przy gwizdach Loli i narzekaniach Kaspera. W bunkrze zrobiło się głośno. W końcu była okazja.
Marla podeszła do zaabsorbowanego pracą Francisco i obejmując go w pasie postawiła przed nim wino. Mężczyzna zesztywniał i jak w zwolnionym tempie odwrócił do niej głowę, szarpnął i wepchnął dziewczynę między siebie, a stół przygważdżając ją mocno do kantu metalowej kozetki. Chwycił niedbale za włosy odchylając brutalnie głowę w tył i przystawiając skalpel do szyi. Czuła drażniące ostrze. Wstrzymała oddech. Franky cofnął rękę i zwiesił ją wzdłuż ciała. Locca położyła mu dłoń na policzku przykrytym materiałem i ściągnęła delikatnie maskę. On zawsze przypominał zranionego i zagubionego chłopca, mógł być naprawdę piękny, na swój sposób właśnie taki dla nich był. Kobieta objęła go delikatnie i pocałowała w usta… był jedyną osobą, która dostawała od niej ten prezent co jakiś czas bez okazji. Uwielbiała młodego. Rozumieli się bez słów jak bliźnięta. Chłopak uśmiechnął się półgębkiem i chwycił zakrwawionymi rękoma butelkę. Prowadzony za ramię dołączył do zabawy.

Kolejny rok, kolejne dni, kolejne pożegnane ofiary. Święta skończyły się tak szybko jak baterie w starym radiu, kompani szybko zapadli w sen zmęczeni codziennością. W kompleksie panowała cisza nietknięta żadnym dźwiękiem. Przyjaciele spali bez ruchu, czujnie, jeden na drugim… w powietrzu błąkał się zapach przepoconego alkoholu i metaliczna woń rozbebeszonego na stole prosektoryjnym zwierzęcia… czas na chwilę się dla nich zatrzymał.

To wszystko o co Cię proszę..




Olivia Lancaster



„Przyśnij mi się pewnej nocy gdy na niebie lśnić będą gwiazdy.
Daj mi siłę, bym mogła budzić się co dzień i wypełniać mój dzień wspomnieniami tak, aby nie bolały.
Powiedz mi czy mnie kochałaś


Nie będę płakać, nie mam już czym.
Obiecuję stać się człowiekiem, z którego będziesz dumna.
Będę myśleć o Tobie jak o aniołach, które tak kocham.
I szukać Cię będę pomiędzy liśćmi drzew.
Muszę sama stawić czoła światu, od nowa...
muszę nauczyć się żyć bez części mnie samej, którą ze sobą zabrałaś.
To wszystko o co Cię proszę


D.”

Wzięła głęboki oddech uspokajając swoje chaotyczne myśli. Stała na środku ulicy wpatrzona w stary, ziejący pustką pub... szeroko otwarte oczy, przyśpieszone tętno, oddech zdawał się być niekulturalnie głośny. Uspokajała myśli... uspokajała ciało. Skupiała się na muzyce. Przez chwilę na środku drogi zapłonął ogień z zapalniczki. Rozjarzony koniec papierosa wyglądał jak świetlik miotający się we mgle... nie znający drogi do domu. Sam maleńki. Zatruwany rakotwórczym dymem, zgubiony w mleczno-szarej aureoli falującej wokół głowy prostytutki. Zaplątany pomiędzy kadrami filmu, był jak ruchomy, absurdalnie niemożliwy punkt na stop-klatce...

Razem z ostatnią partią nikotyny wydychanej z płuc, wyrzuciła z głowy ostatnią złą myśl. Ostatnią na tę chwilę. Kolejny głęboki wdech. Podeszła powoli na palcach w stronę pubu. Muzyka drażniła jej słuch... była nieprzyzwoicie głośna. A może tylko jej się tak zdawało? Tak jak każdy najmniejszy odgłos w tym miejscu, tak i ta piosenka nie miała prawa bytu, była skazą, była intruzem, była obcym ciałem w żywym organizmie... w końcu spowoduje zakażenie. Zwróci na siebie uwagę układu immunologicznego. Wszystkie krwinki, komórki i tkanki będą próbować zwalczyć nieproszonego gościa. Zgotują mu piekło...

Przełykając nerwowo ślinę uchyliła skrzypiące drzwi mrużąc oczy by dojrzeć jakiś szczegół w ciemności...

Błagając... i modląc się do swojego serca by żyło kilka decybeli ciszej.

Tik tak.. tik... tak

sobota, 5 maja 2012

Stare ale jare



Bo czasem w życiu tak bywa, że nie ma czasu... i się odkopuje... rupiecie i nie ma się pomysłu na wpis.. so będę kontynuować swoją uciechę z kolejnych nowo poznanych ludzi z piątku :3 InQ wychodzi na prostą.

OLE!