Elena "Marla" Locca
Noc, jak każda inna nie była przyjemna. Łuna zachodzącego słońca dawno wygasła za horyzontem zaganiając do pracy zdradzieckie ciemności. Na tle nieba, drogą zmierzały dwie postacie. Mężczyzna kiwał się na nogach ze zmęczenia, szedł lekko przygarbiony ściskając w rękach ukochaną strzelbę. Kobieta, niska i drobna, nie zwracając uwagi na kompana szła żwawo rozglądając się na boki i raz po raz nadając jakiś sygnał latarką.
– Powinniśmy byli zdążyć przed zmrokiem! Wiesz co to oznacza? Że PWINNO być jeszcze widno! - dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana. Jej głos był przyjemny, ale nie dało się pominąć warczącej gniewnie nuty dzikości czyhającej gdzieś w głębi niej samej, czekającej tylko na chwilę, gdy dozwolone jej będzie wybuchnąć. Sposób w jaki wypowiadała poszczególne sylaby, zarówno jak i akcent, sugerowały, że z pochodzenia nie ma nic wspólnego z Amerykanami czy Brytyjczykami… to jedyne co było widomo o jej korzeniach. Nie była stąd.
– Locca zwolnij! To już nie te czasy, patrolowałem 14 lat więcej od Ciebie, zlituj się. Bądź człowiek! – wychrypiał zmęczony towarzysz. Dziewczyna jak na zawołanie odwróciła się na piętach i jedyne co zobaczył blond włosy mężczyzna to jeszcze więcej gwiazd na niebie. Kobieta z całej siły, a tego jej nigdy nie brakowało, uderzyła go pięścią w twarz.
– Być jak człowiek!? Mam Cię zostawić byś tu sczezł?! Przestań się mazgaić i wstawaj, już niedaleko. Dawaj kurwa młodym dobry przykład… - to mówiąc szła już swoim żwawym tempem - Co spotkanie musztrujesz nas tymi swoimi ćwiczeniami, a jak przychodzi co do czego to poruszasz się i mazgaisz jak kulawy bramin - jej głos gniewnie i niebezpiecznie kierował się na podniesione tony. Mężczyzna westchnął, wyprostował się i przestał udawać dorównując jej kroku…
– Spóźniliście się – ciężki i surowy głos o dość niskiej częstotliwości dochodzi zza ich pleców tuż po tym, jak wbiegli do kryjówki. W zabunkrowanej piwnicy, pod metalowym, ciężkim głazem znajdowało się kilka pomieszczeń. W przedsionku niemrawo migała ledwo żyjąca jarzeniówka nadając wszystkiemu trupio bladego poblasku. Siedlisko gangu. Fantasmagoria… słowo o dawno zapomnianym znaczeniu, kojarzące się z czymś nie do końca naturalnym i rzeczywistym. Gołe betonowe ściany powodowały, że całość kompleksu była jeszcze bardziej chłodna i szorstka. O wystroju nie można nawet mówić. Trzy niewielkie pomieszczenia i jedno główne… Pomieszczenie po lewej było okratowane… wewnątrz czuć było zapach lekkiej stęchlizny przeplatany delikatną wonią śmierci i krwi. Po prawej pomieszczenie stanowiło niewielką kanciapę z lampą przeciw komarom. Tak absurdalna i niepotrzebna w świecie gdzie komar potrafi być wielkości samochodu. Metalowy, nieco pordzewiały stół, na stole karty, żetony i papierosy. Obok dwie skrzynie z pustymi butelkami po sławnym „nukanapoju”…. Metalowa półka obrzucona przestarzałym i nie do końca zdrowym jedzeniem w kartonach… pomieszczenie na wprost metalowej drabiny prowadzącej do włazu było na co dzień zamykane grubymi drzwiami z ciężkiej stali, w przedsionku stały środki czystości wymieszane z różnymi rupieciami. Duże pomieszczenie było czymś na kształt salonu obrzydliwie połączonego z salą prosekcyjno-laboltoryjną. Na dwóch zdezelowanych kanapach porozrzucany leżał sprzęt bojowy Fantasmagorii, który czekał na powrót Lufy i totalny remanent. Kasper stał przy drabinie z założonymi rękoma łypiąc gniewnie spod ciemnych okularów na „spóźnialskich".
Ciężkie kroki dwójki patrolujących rozeszły się po „kompleksie”. Locca z niedbałością rzuciła na stół w salonie rękawicę wspomaganą i siadając na jedyny krześle rozmasowała swoje nadgarstki. Lufa ukląkł przed kanapą i wyciągając zamaszystym ruchem szmatę z kieszeni zabrał się za czyszczenie sprzętu i odzysk amunicji. Ostatnio było z tym coraz ciężej. Cisze przerywało co jakiś czas mlaskanie dobiegające z okolic stołu operacyjnego na którym Franky zawzięcie kroił jakieś niewielkie zwierzę.. nawet tu w domu, nasz brat najczęściej chodzi w masce, dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem.
Lola drzemał beztrosko w kanciapie…
Głośny huk oderwał wszystkich od rutynowych czynności, włączył w ich głowach tryb gotowości bojowej, wszyscy ruszyli w stronę włazu… a na środku pomieszczenia siedział Alo rozmasowując obitą głowę…
– znowu się zjebałem… sory wiara.. – wybąkał Blake.
Lola parsknął śmiechem i wskoczył na drabinę wychylając się na górę i zamykając właz. Kasper palną chłopaka przez łeb i zawlókł do pokoju socjalnego. Reszta podążyła za nim. Stanęli na środku salonu patrząc znacząco na kumpla… Alo zrzucił z pleców worek, coś w nim zabrzęczało….
– się JE się WIE – nikt nie przykładał wagi do znaczenia wypowiedzianych przez młodzika słów, wszyscy rzucili się na pakunek.
– MERRY CHRISTMAS suki! – chłopak rzucił się na gburowatego brata ściskając go ze łzami w oczach. Wszyscy rozpakowali swoje prezenty.. każdy lubił inny rodzaj alkoholu, rzadko mogli wybierać. Ale w końcu hej była gwiazdka! Marla wyjęła butelkę rumu i nałożyła na zakurzone włosy czapkę świętego mikołaja, Lufa w podskokach ze swoim koniakiem włączył starego zdezelowanego bum-boxa, młody wskoczył na stół z piersiówką czegoś w zębach zaczynając swój pokazowy striptiz przy gwizdach Loli i narzekaniach Kaspera. W bunkrze zrobiło się głośno. W końcu była okazja.
Marla podeszła do zaabsorbowanego pracą Francisco i obejmując go w pasie postawiła przed nim wino. Mężczyzna zesztywniał i jak w zwolnionym tempie odwrócił do niej głowę, szarpnął i wepchnął dziewczynę między siebie, a stół przygważdżając ją mocno do kantu metalowej kozetki. Chwycił niedbale za włosy odchylając brutalnie głowę w tył i przystawiając skalpel do szyi. Czuła drażniące ostrze. Wstrzymała oddech. Franky cofnął rękę i zwiesił ją wzdłuż ciała. Locca położyła mu dłoń na policzku przykrytym materiałem i ściągnęła delikatnie maskę. On zawsze przypominał zranionego i zagubionego chłopca, mógł być naprawdę piękny, na swój sposób właśnie taki dla nich był. Kobieta objęła go delikatnie i pocałowała w usta… był jedyną osobą, która dostawała od niej ten prezent co jakiś czas bez okazji. Uwielbiała młodego. Rozumieli się bez słów jak bliźnięta. Chłopak uśmiechnął się półgębkiem i chwycił zakrwawionymi rękoma butelkę. Prowadzony za ramię dołączył do zabawy.
Kolejny rok, kolejne dni, kolejne pożegnane ofiary. Święta skończyły się tak szybko jak baterie w starym radiu, kompani szybko zapadli w sen zmęczeni codziennością. W kompleksie panowała cisza nietknięta żadnym dźwiękiem. Przyjaciele spali bez ruchu, czujnie, jeden na drugim… w powietrzu błąkał się zapach przepoconego alkoholu i metaliczna woń rozbebeszonego na stole prosektoryjnym zwierzęcia… czas na chwilę się dla nich zatrzymał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz