wtorek, 8 maja 2012

Los się muuusi odmienić...




Sonja Howe

Od momentu, gdy padło jej nazwisko przez kilka pierwszych dni mało kto w ogóle podszedł do panienki by zamienić chociaż słowo. Chwilami odnosiła wrażenie, że jej wzrok kaleczy, a słowa cuchną zdradą i krwią. Ale to tylko jej bujna wyobraźnia. W końcu dziewiątego dnia wyjątkowo przemoczeni dotarli do Zapadni, wioski nazwanej tak od dziury w którą kiedyś wpadł pra pra pra dziad sołtysa i postanowił założyć tu osadę. I tak z pokolenia na pokolenie na dziurze stały chaty sołtysów, okolica się lekko zaludniała, a sam fakt że miejsce było głęboko w lesie sprawiał, że ludzie żyli tu dość niecodziennie, prędzej z łowiectwa i polowań niźli z uprawy roli.

Przyjęto ich gościnnie, w stajni bo w stajni, ale gościnnie. Piękna córka sołtysa, Mary-Sue, co do której tato miał wielkie plany przyniosła drużynie ciepłą strawę i kilka koców. Mercer w tym czasie poszedł zasięgnąć języka jak to ujął - "u lokalnych". A może po prostu.. się przewietrzyć. Nikt z nas nie widział w tym nic złego... bo każdy z nas usłyszał przewietrzyć, a powinien najprawdopodobniej usłyszeć "przepieprzyć". Gdy Sonja rozmawiała z sołtysem opowiadając mu o sytuacji w szerokim Fereldenie ten z zachwytem wsłuchiwał się w rozmowę, którą przerwał krzyk Pani sołtysowej. Kobieta wpadła do chaty targając za ucho pół nagą przepiękną córkę, która panicznie próbowała zakryć się plątającą wszędzie halką. Musiała zakładać ją w pośpiechu. Sonja najpierw zakryła usta dłonią, po czym szybko przesunęła rękę w górę zasłaniając oczy tak by nie patrzeć. Na jej policzki znów wkradły się szkarłatne rumieńce. Z wrażenia wstała równo z sołtysem i nim zdążyła coś powiedzieć za kobietą wpadło trzech osiłków targając przystojnego mężczyznę. Sonja szybko uznała, że nie wypada zasłaniać twarzy, może nie wypada wcale tu być!? Jednak przez chwilę nie mogła oderwać wzroku od zgrabnej, umięśnionej sylwetki odzianej jedynie w lniane spodnie i skórzane buty. Włosy mężczyzny, czarne i rozwichrzone, niemal całkowicie zasłaniały jego twarz. Widziała jedynie.. tak.. ładnie zarysowany podbródek udekorowany łobuzersko zadbanym zarostem. Wieśniak po lewej szarpnął mężczyznę za włosy ukazując ich oczom...

- MERCER!?

To po prostu wydarło się z jej ust. Zaczęła gorączkowo się rozglądać. Starsza kobieta wrzeszczała w niebogłosy łapiąc za wałek do ciasta, szermierz szarpał się i uśmiechał szelmowsko do każdej kobiety w pomieszczeniu, gdy tylko mógł, twarz sołtysa zaczęła przypominać płonącego ze złości buraka, a "biedna Mary-Sue" piszczała coś cicho o wielkiej miłości. Zbiegało się coraz więcej ludzi, za oknem widać już było biegnącego maga z ich przywódcą. Za drugim oknem przypałętało się kilku z pochodniami i widłami... a noc ciemna była. Sonja wbiegła między wrzeszczących rodziców, ale ci ją zupełnie zignorowali. Odwróciła się na pięcie i kopnięciem "wypchnęła" Mercera i wielkoludów za drzwi. Szermierz miał refleks, trzeba było mu to przyznać, po tym jak Howe syknęła "pomóż mi Cię stąd wypchnąć!" mężczyzna z całej siły wyrwał się do przodu, po czym dał za wygraną w wyniku czego wszyscy polecieli do tyłu. Dziewczyna zatrzasnęła drzwi. - CISZA! - i cisza zapanowała.

Wściekła sołtysowa małżonka pozasłaniała okna w chacie, a sołtys zgodził się z wielką niechęcią wysłuchać Sonji.

- My was pod własny dach wpuszczamy! TAKIE ZAWSZAWIONE PSY!?

- Panie sołtysie spodziewałam się po Panu większej ogłady językowej, ale być może postawiłam Panu zbyt wysoko poprzeczkę?

Mężczyzna sapnął i ucichł nadymając policzki. Dziewczyna łkała w kącie wołając Mercera - jej pogromcę smoków, a Sonja tylko otrzepała koszulę i usiadła przy stole wskazując sołtysowi by dosiadł się do niej. Jedno zdążyła wychwycić, miał wielkie ambicje i żal do położenia wioski. Chciał być człowiekiem światowym. To potraktowała go jak człowieka światowego.

- Powinna Pani zabrać córkę w tej chwili, tak nie przystoi... proszę doprowadzić tę młodą damę do porządku i nie łkać nad jej losem, bo jest Pani córka starsza ode mnie i jej czyny są jej własną decyzją. - Sołtysowa zdębiała i zawstydzona zatargała "małolatę do kuchni", a kobietą mądrą była...

Pękaty mężczyzna na przeciw młodej Howe już wiedział co się szykuje. Miał do czynienia ze szlachcianką, z byłą dworką Królowej o czym nie omieszkała wspomnieć, w dodatku ułożoną tak jak miała być ułożona przepiękna Mary-Sue. Sołtys przełknął słowa Sonji z kamienna twarzą. Nie darowała mu wspomnieć o wychowaniu, o podstawach etykiety, o tym jak się tuszuje takie skandale na dworach i że takie sytuacje zdarzają się wszędzie.. prawdziwą sztuką jednak było zawoalować to tak byś tylko wiedział o tym Ty Panie Sołtysie, a nie cała wioska i przyjezdni podróżnicy, którzy opowiadają swoje historie w każdej karczmie.

Po godzinie z chaty sołtysa wyszła spokojnie Sonja Howe z dumnie uniesioną głową. - Marcer, jazda do stajni! - warknęła do mężczyzny który z pomocą przywódcy wyswobodził się z rąk dryblasów.

Kobieta nie powiedziała ani słowa każąc im tylko postawić warty i wyruszyć zanim jeszcze słońce wstanie.

- Szkoda by było tego na widły - uśmiechnął się urzekająco Mercer puszczając do Howe oczko. Oczywiście miał na myśli siebie i celowo hasał po stajni pół nocy tak jak go wieśniacy przydybali. Sonja wytrzymała jego spojrzenie zaciskając zęby i płonąc ze wstydu na twarzy.

Na szczęście.. obyło się bez wszechobecnego zabijania.

--------------------

Weszła do karczmy dumnie, gdy przyszła na nią kolej, z nieco smutnym wyrazem twarzy, włosami spiętymi w kok który wytargał wiatr i zwilżył deszcz, odziana w gruby, szkarłatny płaszcz.. wymalowana cichą pewnością siebie i dążeniem do swoich racji. Zrzuciła delikatnie okrycie rozwieszając je na drewnianym krześle i perfekcyjnie zbalansowanym ruchem ręki przeczesała niesforne kosmyki włosów. Poprawiła białą płócienną koszulę, spiętą gorsetem i założyła nogę na nogę starając się zetrzeć ze skórzanych spodni piach podróży. Z wysokich butów kobiety kapnęło na podłogę kilka błotnistych kropel. - Psia pogoda... - szepnęła sama do siebie ściągając rękawiczki i wzdychając lekko.

Gdy postawiono przed nią grzane wino, i gdy przyszło im trochę czekać na ciepłą strawę odwróciła głowę w stronę Donovana z zastanowieniem i przez chwilę wpatrywała się w jego twarz. Wzrok Sonji był zawsze wręcz nadziewany tajemniczością, nie sposób było odgadnąć co po jej jasnej głowie goni. Po chwili najprawdopodobniej zorientowała się, że coś jest nie do końca tak uśmiechnęła nieśmiało i przeniosła wzrok na blat stołu grzejąc ręce o kubek ciepłaego napoju.

Była opanowana. Zawsze była opanowana. Jednak gdy usłyszała w swoim kierunku Stark o mało nie udławiła się popijanym winem. Szybko zakryła usta dłonią, odwróciła twarz od pozostałych i zakaszlała po cichu starając się opanować zakrztuszenie. Odkaszlnęła ostatni raz, przeprosiła słabym głosem i spojrzała na Marcera z wielką zaciętością na twarzy. Jej policzki płonęły czerwienią odcinając się mocno od bladej cery. - Howe - być może szczęściem było, że głos panienki Sonji był z natury cichy i spokojny, a być może w tej odległej od "cywilizacji" karczmie nie miało by to nawet znaczenia. - Jeżeli zamierzasz Mercerze mówić do mnie po nazwisku, proszę mów je poprawnie. Mam nadzieję, że nie będę musiała więcej Ci o tym przypominać... szermierzu... - mimo jej niewielkiej postaci i zawstydzonej twarzy w jej "przemowach" zawsze było coś lekko niepokojącego. Nutka władczości, pomieszana z dumą i uprzedzeniem? Jednocześnie nie raz w podróży dało się mimo wszystko doszukać w jej zachowaniu takich elementów, które dowodziły, że owy Mercer wprawia ją w tak częste zakłopotanie, że nikt nie był by zdziwiony gdyby padła na atak serca.

1 komentarz: